W wakacyjnej kosmetyczce…

Mariola

Wyjazdy wakacyjne wprawiają mnie w zachwyt nie tylko ze względu na relaks spowodowany odpoczynkiem od pracy i oderwaniem się od codziennych obowiązków, których nadmiar przytłacza przez cały rok. Wyjazdy wakacyjne wprawiają mnie w zachwyt z związku z jeszcze kolejną ich właściwością – czuję się zobowiązana po pierwsze, zaplanować kosmetyczkę i po drugie, przygotować książki do przeczytania w trakcie wyjazdu*. Nie wiem co sprawia mi większą frajdę, ale na pewno do obu tych zestawów do zabrania ze sobą przykładam się pieczołowicie.

Wiem, że o temat zahaczam wyjątkowo późno, kiedy to wszyscy już starli peelingiem resztkę opalenizny i wbili się w tryb pracy i zaakceptowali kierat obowiązków. Farciarzami są studenci, bo Ci mają jeszcze przed sobą sporo dni pełnej laby i odpoczynku. Ale nic nie poradzę na to, że zamiast przemyśleć sprawę i zaplanować wyjazd początkiem lipca, to ja zaplanowałam go na koniec sierpnia. Jeśli prowadzi się własną działalność to ponad tydzień poza pracą jest i tak sporym wyzwaniem – na to się przecież trzeba przygotować! Wszystko musi być zaplanowane, obowiązki podzielone, zadania wykonane, ale i tak obawa przed odstawieniem jest spora.

Jakie funkcje muszą spełniać kosmetyki zabrane na wakacje? Najlepiej gdyby były wszechstronne i miały funkcję 2w1, albo i osiem w jednym jeśli się da. Ponieważ wybieraliśmy się w ciepłe kraje i słona woda morska miała niszczyć zarówno nasze włosy, jak i skórę to w kosmetyczce znalazły się kosmetyki które nie tylko chronią przed słońcem, ale i minimalizują wywołane nim zniszczenia. Staram się dbać o włosy, bo przy cieniutkich to żal każdego najmniejszego kosmyka i wizja szarpania ich podczas rozczesywania jest przerażająca.

Do włosów

Tutaj skupiłam się na jak największej ochronie przed promieniami i wodą oraz na stosowaniu masek odżywczych i nawilżających, by zapobiec wysuszeniu końcówek, bo niczego nie cierpię bardziej niż splątanych kosmyków i siana, jakie od słonej wody się tworzy. Nikt nie chce jako prezent z wakacji przywieźć pokruszonych włosów.

Maska Make Me Bio jest dość lekka i na moich włosach robi wspaniałą gładką taflę, a wciąż nie są oklapnięte, za to bardzo ją lubię. Polecam zdecydowanie osobom o cienkich włosach, które lubią jednak ten efekt prostych, gładkich włosów.

Mgiełka ochronna na słońce Anwen (ktoś ją porwał i nie załapała się do zdjęć) podobnie działała ochronnie, wygładzająco, minimalizuje zniszczenia wywołane słońcem i słoną wodą równocześnie. Moje córki były chyba nawet jej większymi fankami niż ja.

Szampon lawendowy Avalon to jeden z szamponów, które odpowiadają każdemu z mojej rodziny, od dzieci po moje wymagające włosy – odżywia, odbija od nasady, delikatnie nawilża. Po jego zastosowaniu konieczne jest użycie odżywki, ale wzmacnia i odżywia dość skutecznie.

Maseczki

Nie zawsze mam ochotę na stosowanie maseczek podczas wyjazdu, ale zawsze je ze sobą zabieram, przygotowując się na relaksujące, spokojne wieczory podczas których nic nie muszę. I chociaż często zdarza się, że w naszym grafiku podróżnym sporo czasu zajmują zwiedzanie, wypady i snucie się po okolicy to czasami trafi się i wolna chwila. Na wszystkie wolne momenty do użytku miałam:

Chłodzącą maseczkę Konopka – jest z miętą i oprócz nawilżenia przyjemnie chłodzi, podczas opalania zdarza się, że pory skóry są bardziej widoczne i jej działanie zwężające może przydać się na wakacjach.

Maska Cosnature z pomelo to fajna odświeżająca maseczka fajnie wygładza skórę, rozświetla, dostarcza skórze sporej dawki antyoksydantów, dość dobrze nawilża i bardzo podoba mi się jej zapach.

Maseczka wygładzająca z orchideą Dizao dla efektu natychmiastowego wygładzenia, ma i witaminę C i ekstrakt z miłorzębu – podczas nadmiaru słońca antyoksydanty są jak najbardziej pożądane.

Do twarzy

Odżywcze mleczko do demakijażu Vianek to taka emulsja myjąca, pozostawia lekka powłokę ochronną, dobrze domywa makijaż i nie wysusza skóry. Na zużycia czeka również drugie opakowanie, bo bardzo polubiłam się z jego delikatnością.

Żel myjący do cery tłustej Sukin wzbudził mnie zachwyt bo dobrze oczyszcza, ma w sobie węgiel bambusowy, który absorbuje nadmiar sebum, co przy przy czym zupełnie nie wysusza skóry, bardzo przyjemnie odświeża. W lecie cera jest bardziej tłusta, więc takie mocniej oczyszczające żele są bardzo pożądane w mojej kosmetyczce.

Ambrozja nawilżająca – pisała o niej Anula niedawno, i ja w stu procentach się z nią zgadzam – w razie potrzeby dodaję ją do maski do włosów, pod maseczkę w płachcie, na wyjeździe wakacyjnym to kosmetyk wszechstronny, bo może uratować przed wysuszeniem skóry, włosów i całego ciała.

Samoróbka mój debiut – krem do twarzy, który początkowo nie odpowiadał mi przez brak efektu „glow”, ale szybko przekonałam się, że wchłanianie do matu kremu, który bardzo dobrze nawilża to jednak jest pożądany efekt. Bazą kremu był olej z pestek malin, dodałam do niego olej arganowy, właśnie ambrozję nawilżającą Avebio, kolagen (sporo) i ekstrakt z miłorzębu.

Do ciała

Masło shea możecie z powodzeniem zastosować na końcówki włosów, naprawdę nawilża i odżywia, dla mnie hit jako krem do stóp, regeneruje też skórę całego ciała.

Balsam Ecolab francuski z olejem z pestek moreli bardzo dobrze wygładza i nawilża skórę, był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo nie spodziewałam się tak intensywnego działania nawilżającego. Jak na mój gust pachnie zbyt mocno, nie jestem przyzwyczajona do mocnych, perfumowanych kosmetyków, ale za to każda miłośniczka pachnących balsamów do ciała powinna być nim zachwycona.

Pianka pod prysznic Nivea – tak bardzo interesowała mnie, że nie mogłam się oprzeć, by jej nie sprawdzić. Dodatkowo, nie ma ani tradycyjnej pompki, ani otwierania za pomocą docisku więc było małe ryzyko rozlania w transporcie, co nie było bez znaczenia. Jedna doza pianki robi tak intensywną pianę, że nie wiadomo co z nią zrobić. Dodatkowo, ładnie pachnie, myć myje, więc na wyjeździe wakacyjnym jest jak najbardziej w porządku.

Żel do higieny intymnej Momme to bardzo przyjemny i skuteczny żel o łagodnym działanie o cytrusowym zapachu. W ogóle zainteresowałam się tą marką i będę drążyć na pewno, kosmetyki wyglądają uroczo 🙂

Kremy SPF

Innisfree SPF50 do twarzy to zamiennik opisywanego przeze mnie kremu Missha, zawiera tylko filtr fizyczny i mogę spokojnie polecić go nawet w mocno nasłonecznione kraje. Krem dobrze się wchłania, z początku jest lekko biały, ale szybko to bielenie znika, nie obciąża skóry i twarz pozostaje nieopalona (czyli bez plamek i ciapek przebarwionych;)

Jason 45 krem dla całej rodziny lekki i dobry krem, ma zarówno filtr fizyczny i chemiczny, nie bieli, nie jest ciężki, ma przyjemny słodko-owocowy zapach. 

Make Me Bio SPF 25 to mniejszy filtr na końcowe dni opalania, tym razem bezzapachowy, ale skutecznie chronił przed poparzeniem słonecznym i przyszedł na ratunek kiedy chcieliśmy się troszkę bardziej opalić, a nie spiec jak raczki.

*A z książek przeczytałam listy Szymborskiej i jej partnera „Najlepiej w życiu ma Twój kot” i zupełnie zakochałam się w Szymborskiej, też polecam!   

Dodaj komentarz do wpisu